Strona główna Ciekawe dla ciekawskich Opowiadania Helloweenowe opowieści
TOPIELCE Z BŁĘDOWSKIEGO JEZIORA

Któregoś roku, może pięćdziesiąt lat temu, a może nawet wcześniej, blady strach padł na błędowian. Spokojną dotąd wioską, no, może nie licząc paru ekscesów po kilku głębszych, ale to przecie wszędzie się zdarza, wstrząsnęła wieść, że nocą topielce wychodzą z jeziora i porywają dzieci. Malcy dotąd chętnie bawili się na dworze, bo akurat pogoda była po temu sposobna, ale tego lata rodzice wcześniej zaganiali je do domu. Topielce pono wyglądały szkaradnie. Jedno wielkie, błyszczące oko, oślizgła, zielonkawa skóra, garb na plecach, trąby, jak u słonia i błona między wielkimi łapskami u dolnych odnóży. Wyłaziły z jeziora i grasowały po okolicy. Kto je widział? Ano niewiele ludzi. Podobno raz miejscowy nauczyciel, który wracał pod wieczór z…, no zresztą nieważne skąd, ważne, że wracał i że je widział, stary Knapik, co pszczoły hodował i córka młynarza. Wszyscy opowiadali, że widzieli, jak z jeziora topielec wyłaził, a potem po brzegu harcował. Co konkretnie robił? A kto to może wiedzieć? Dyć nikt nie patrzył, bo zaraz do domu uciekał?

Wieści o tajemniczych topielcach dotarły do uszu posterunkowego Jaśkiewicza. Ten stropił się wielce, bo za bezpieczeństwo gospodarzy błędowskich odpowiadał. Pewnej nocy, gdy księżyc stał w nowiu, postanowił z topielcami się rozprawić. W duchy nie wierzył, boć milicjantowi to nie przystoi i choć po ciichu, gdy nikt nie widział, pacierze klepał, to za anteistę wśród ludzi uchodził. Zabrał ze sobą posterunkowy Jaśkiewicz latarkę i przepisową białą pałkę, a potem w szuwarach się zaszył i czekał. Noc była straszna. Jezioro chlupotało złowrogo, a wiatr tarmosił milicyjną czapką posterunkowego, jakby mu chciał ją z głowy zedrzeć. Z oddali niosło się pohukiwanie puszczyka. Posterunkowy Jaśkiewicz drżał, ale tłumaczył sobie, że to z zimna, a nie bojaźni. Około północy woda w jeziorze zabulgotała. Wytrzeszczył milicjant oczy i oniemiał. Spod wody wynurzyła się najsampierw głowa. Jedno jedyne oko, wielkie i błyszczące, powiodło wzrokiem dookoła. Chwilę potem na brzeg wylazła szkaradna postać. Była taka, jak ją opisywali ludzie! Garbata, oślizgła i wstrętna. Trąba spod oka wychodziła i na plecy aż sięgała. Wielkie, płaskie stopy plaskały o ziemię. Posterunkowy Jaśkiewicz ani drgnął ze strachu. Poczuł, że mokre ma spodnie, ale to pewnie woda z jeziora ochlapała je nieco. Gdy topielec ku wiosce ruszył, milicjant jakby otrzeźwiał. „Moje dzieci będziesz porywał, topielcze?! – pomyślał gniewnie. – Moją wioskę nachodził?”

Wyrwał pałkę zza pasa i w ślad za topielcem pognał. Dopadł go kilkoma susami, a potem niewiele myśląc pałką przez łeb zdzielił. Topielec jęknął, a potem na twarz runął, jak nieżywy. Dopiero teraz posterunkowy Jaśkiewicz ujrzał, że potwór wcale garbaty nie jest, tylko na plecach jakby bańkę na mleko dźwiga. Do bańki trąba podłączona była. Zmarszczył czoło milicjant i uważniej przyjrzał się leżącemu topielcowi. Oślizgły był, owszem, ale… Posterunkowy Jaśkiewicz westchnął głęboko.

- To nie żadne oko, - jęknął, po czym zerwał leżącemu z twarzy maskę.

Parę dni później Jędrzej Jaśkiewicz medal otrzymał z rąk samego komendanta milicji, a minister rękę mu ściskał! W gazetach pisali, jak to młody milicjant z Błędowa szpiega amerykańskiego złapał i chlubę ludowej ojczyźnie przyniósł.

Tak zakończyła się sprawa topielców z Błędowa.


 

JAK MŁYNARZ Z BŁĘDOWA ŚMIERĆ PRZECHYTRZYŁ

 
Żył kiedyś w Błędowie stary młynarz Józef Poręba. Chłopina mieszkał samotnie na skraju wioski. Dziś po młynie chyba nie ma już śladu, a zresztą nie wiem. Józef siłą przewyższał okolicznych gospodarzy i chełpił się, że każdemu da radę. Prężył muskuły i mawiał:

- Choćby i śmierć przyszła, to i ją pokonam!

Pobożna Katarzyna, która cały pacierz na pamięć umiała, kiwała tylko głową.

- Ty śmierci nie wzywaj, - przestrzegała, - bo jak przyjdzie, to jeszcze w portki narobisz.

Młynarz jednak tylko śmiał się, słysząc te słowa. Dźwigał wory z mąką pod pachami, a mięśnie grały mu pod skórą, jak orkiestra symfoniczna w gmachu filcharmonii. Młodość jednak nie jest wieczna. Zestarzał się Józef, zmalał jakby i skurczył się w sobie. Nadal jednak trzymały się go przechwałki. Szczególnie w karczmie, gdy z chłopami zasiadał i parę głębszych wychylił, śmiał się głośno, po czym wątłe muskuły prężył.

Pewnego dnia, a raczej nocy, ktoś zastukał do drzwi jego chaty.

- Czego? – warknął spod pierzyny zaspany młynarz. – Jutro przyleź. Dziś nie chce mi się już tyłka ruszać z łóżka.

Zza drzwi doleciał jakiś klekot, jakby ktoś zębami dzwonił z zimna lub strachu.

- Przyszłam, jak mnie wzywałeś, młynarzu. – odparł jakiś grobowy głos.

- Nikogo nie wzywałem. – bąknął Józef. – Jak cię zwą?

- Śmierć! – padła odpowiedź i chłop, aż usiadł na posłaniu. – Drzwi otwórz czym prędzej, bo jak nie, to siłą wywalę!

Józef trochę się ochędożył, a potem z drżącym sercem do drzwi podszedł. Stała za nimi wysoka postać w białym płaszczu. Spod kaptura zerkały puste oczodoły i szczerzyły się zęby. W ręce postać dzierżyła kosę.

- Zmierzmy się, jak chciałeś. – powiedziała Śmierć.
Józef wpuścił gościa do środka. Śmierć za stołem przysiadła i czekała w milczeniu. Młynarz szukał jakiegoś konceptu, jak by się jej pozbyć? Podrapał się za uchem, ale nic mu do głowy nie przychodziło. Śmierć oparła kosę o ścianę.

- Gotowy jesteś pójść ze mną w zawody? – spytała zimnym głosem.

- Ano tak, - skinął głową chłopina, - jeno napić mi się pozwól.

Do spiżarki poszedł i gąsiorek samogonu wyciągnął. Zmarszczył czoło, a potem dwa gliniane kubeczki zabrał ze sobą. Podszedł do stołu i uśmiechnął się szeroko.

- Polacy to gościnny naród. – westchnął i postawił kubek przed Śmiercią. – Samemu pić nie wypada, gdy gość za stołem siedzi.

Nalał samogonu aż po brzegi. Śmierć zerknęła na niego czujnie.

- Otruć mnie chcesz? – spytała.

- A bo to można śmierć otruć? – roześmiał się młynarz. – Ugościć cię pragnę! To nie trucizna!

Uniósł swój kubeczek. Śmierć zrobiła to samo. Wychylili oboje do dna. Gdyby Śmierć miała oczy, a nie oczodoły, to pewnikiem wyszłyby jej z orbit. Józef Poręba uśmiechnął się i nalał samogonu ponownie. Śmierć wyraźnie się wzdrygnęła.

- Widzisz, moja droga, - zaczął młynarz, - ja już nie taki młody, ale w zawody chętnie stanę. – wziął kubek i zachęcił Śmierć, by zrobiła to samo.

Zerknęła na niego spode łba.

- Dziękuję. – odparła trochę bełkotliwie.

- Co? – zdziwił się Józef. – Sił nie masz, żeby kubek do ust podnieść? No, moja droga, kiepsko, kiepsko. Ja jeszcze siłę mam! O, popatrz!

Wychylił kubek jednym chaustem i odstawił.

- Ja już dwa uniosłem. – otarł usta wierzchem dłoni. – Ty tylko jeden. Słabiutko!

Śmierć szybko wzięła swój kubek i wypiła. Młynarz nalał po raz trzeci.

- Ciekawe, kto z nas więcej kubeczków dźwignie? – mrugnął do gościa. – Ja już trzeci biorę.

Wypił i znacząco zerknął na Śmierć. Ta wyraźnie rozzłoszczona wygorgoliła samogon. Widać było, że kościste palce lekko jej drżą. Chłop uśmiechnął się i nalał czwartą kolejkę. Wziął swój kubek z szerokim uśmiechem.

- Cztery do trzech. – rzekł i wypił.

- Sztery sztery. – wybełkotała Śmierć, gdy wychyliła do dna swój kubeczek.

Zawody trwały do świtu. Wynik ostateczny brzmiał jedenaście do dziesięciu dla Józefa Poręby. Po dziesiątym kubku samogonu śmierć rozregulowała się totalnie. Wzięła pod pachę swoją głowę, kosę chwyciła zębami i chwiejnym krokiem ruszyła do wyjścia. Za każdym razem, gdy czkała, kosa upadała na podłogę. Schylała się po nie przy wtórze klekocących kości. Wreszcie wsadziła sobie narzędzie pod drugą pachę. Józef Poręba pomógł jej do drzwi trafić. Wszak staropolski obyczaj każe gości odprowadzać.

- Przeżyyyyyyyyj to saaaaaaaam! – darła się Śmierć, dzierżąc pod pachą głowę, a z drugiej strony kosę. – Byyyyło naaaas trzeeeech…

Podobno Józef Poręba żyje gdzieś do dzisiaj, bo Śmierć nie chce po niego przyjść.


 
Szukaj
Podziękowania
Galeria

[sigplus] Critical error: Insufficient file system permissions to create the folder /www.bledowo.pl/cache/preview.