Strona główna Ciekawe dla ciekawskich Opowiadania Łupieżcy z Błędowa


Dawno temu, gdy jeszcze nawet na świecie nie było prapraprababki prababki najstarszego mieszkańca Błędowa, grasowali w okolicy zbóje. Niby nic w tym dziwnego, bo okolica przecież żyzna, rzeka w ryby obfita, lasy pełne zwierzyny, to i ludzie kasę mieli. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły prowadzonych interesów, bo jak wiadomo, kto nie kombinuje, ten się na rynku nie utrzymuje, jak powiada stare polskie przysłowie. Gospodarzom z Błędowa zatem żyło się dostatnio, a przy okazji i zbóje mieli co do garnka włożyć. Oczywiście nie popieramy tu zachowań aspołecznych i stanowczo politykę zbójów ganimy. Zbójowanie było, jest i będzie naganne!

Zbójców było trzech. Nikt nie pamięta ich imion, ale nic w tym dziwnego. Wszak i teraz zbójcy nie imionami się przedstawiają. Znani byli w okolicy jako Bryła, Sito i Procent. Pierwszy miał maczugę z kamienia, drugi słynął z dokładnego przeszukiwania wozów kupieckich, a trzeci nie stronił od gorzałki. Do roboty jednak zawsze na trzeźwo szedł. Zbóje zasadzali się na zakręcie traktu i łupili co się tylko pod rękę nawinęło! Przeróżne mieli sposoby. Na litość brali kupców i wtedy najczęściej Procent odgrywał rolę chorego paralityka, który siedział na poboczu i trząsł się niemiłosiernie, czasem Bryła kładł się na dukcie z wywalonym jęzorem i rozbitym na głowie pomidorem, a gdy wóz jakiś przystanął, by mu pomocy udzielić, to odjeżdżał złupiony do czysta. Banda mieszkała w lesie i nikt ich nie mógł wytropić. W miarę upływu czasu ich zuchwałość urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Doszło do tego, że kupcy i bogaci gospodarze z Błędowa wybierali inną, dużo dłuższą drogę, by dotrzeć do wioski. Koniunktura przez to stała się niekorzystna. Gospodarze zatem radę zwołali, by na walnym zgromadzeniu problem łupierzców poruszyć. Nic nie uradzili, ale po poradę do proboszcza poszli. Wielebny głową pokiwał i wstawić się u sił wyższych za błędowianami obiecał.

 

ŁUPIEŻCY Z BŁĘDOWA

 

Dawno temu, gdy jeszcze nawet na świecie nie było prapraprababki prababki najstarszego mieszkańca Błędowa, grasowali w okolicy zbóje. Niby nic w tym dziwnego, bo okolica przecież żyzna, rzeka w ryby obfita, lasy pełne zwierzyny, to i ludzie kasę mieli. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły prowadzonych interesów, bo jak wiadomo, kto nie kombinuje, ten się na rynku nie utrzymuje, jak powiada stare polskie przysłowie. Gospodarzom z Błędowa zatem żyło się dostatnio, a przy okazji i zbóje mieli co do garnka włożyć. Oczywiście nie popieramy tu zachowań aspołecznych i stanowczo politykę zbójów ganimy. Zbójowanie było, jest i będzie naganne!

 

Zbójców było trzech. Nikt nie pamięta ich imion, ale nic w tym dziwnego. Wszak i teraz zbójcy nie imionami się przedstawiają. Znani byli w okolicy jako Bryła, Sito i Procent. Pierwszy miał maczugę z kamienia, drugi słynął z dokładnego przeszukiwania wozów kupieckich, a trzeci nie stronił od gorzałki. Do roboty jednak zawsze na trzeźwo szedł. Zbóje zasadzali się na zakręcie traktu i łupili co się tylko pod rękę nawinęło! Przeróżne mieli sposoby. Na litość brali kupców i wtedy najczęściej Procent odgrywał rolę chorego paralityka, który siedział na poboczu i trząsł się niemiłosiernie, czasem Bryła kładł się na dukcie z wywalonym jęzorem i rozbitym na głowie pomidorem, a gdy wóz jakiś przystanął, by mu pomocy udzielić, to odjeżdżał złupiony do czysta. Banda mieszkała w lesie i nikt ich nie mógł wytropić. W miarę upływu czasu ich zuchwałość urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Doszło do tego, że kupcy i bogaci gospodarze z Błędowa wybierali inną, dużo dłuższą drogę, by dotrzeć do wioski. Koniunktura przez to stała się niekorzystna. Gospodarze zatem radę zwołali, by na walnym zgromadzeniu problem łupierzców poruszyć. Nic nie uradzili, ale po poradę do proboszcza poszli. Wielebny głową pokiwał i wstawić się u sił wyższych za błędowianami obiecał.

 

Pan Bóg zafrasował się wielce słysząc modły pobożnego księdza. Podrapał się za uchem i kazał wezwać do siebie samego wodza wojsk niebieskich, czyli archanioła Michała.

 

- Ze smokiem jużeś się uporał? – zapytał Pan Bóg, gdy Michał przybył podzwaniając zbroją.

 

- To chyba lepiej samemu wiesz, Panie. – odparł Michał, kłaniając się w pas. – Wszak wszechwiedzący jesteś.

 

- A no tak! – westchnął Stwórca i podrapał się po brodzie. – Zadanie mam dla ciebie.

 

Wyłuszczył mu Pan Bóg szczegóły, a Michał jeno skrzydłami machnął i od razu na ziemię poleciał. Archanioł był z niego bowiem robotny.

 

Nazajutrz Bryła dostrzegł z daleka wóz bogato zdobiony, zmierzający traktem. Zatarł ręce i gwizdnął na kamratów. Zasadzili się w przydrożnym rowie, wietrząc łupy wspaniałe. Na zakręcie zuchwale przed wóz wyskoczyli. Woźnica ściągnął lejce.

 

- Widzę, że pan bogaty! – zarechotał szyderczo Bryła. – A nie podzieliłby się tak pan z biedakami, co?

 

Woźnica nie odpowiedział.

 

- Niemowa, czy co? – zdziwił się Procent. – A może głuchy?

 

Sito podszedł i kosturem dźgnął woźnicę w żebra. Ten zmierzył go surowym spojrzeniem.

 

- Won, robaku! – zawołał gniewnie. – Jeszcze macie szansę serca odmienić.

 

Bryła znów zarechotał.

 

- Gadać nie ma co. – wzruszył ramionami Procent. – Kaznodzieja jeden się trafił. Wyskakuj z towaru, jeśli ci życie miłe!

 

Otoczyli z trzech stron wóz pełen skrzyń i towarów, a oczy im się świeciły, jak diamenty. Woźnica płaszcz do tyłu odrzucił i wyciągnął ramiona.

 

- Na kolana chłystki! – zawołał groźnie.

 

Jakież było zdziwienie zbójców, gdy ich kolana posłuchały rozkazu i całą trójką rymnęli na ziemię. Broń z rąk im wypadła, a wszystkie mięśnie zwiotczały. Woźnica, którym sam archanioł Michał był, rzucił im płomienne spojrzenie.

 

- Macie szansę zawrócić ze złej drogi. – rzekł niebieski wysłannik. – Pytam po raz ostatni: czy zmienicie postępowanie i weźmiecie się do uczciwej pracy?

 

Łupieżcy tępo gapili się na niego. Tak po prawdzie, to żaden ani kiwnąć głową nie mógł, ani nic powiedzieć, bo zesztywnieli od mocy, jaką rzucił na nich archanioł. Ten wpatrywał się w nich długą chwilę. Procent coś tam bełkotał, ale niewyraźnie bardzo, bo mu język kołkiem stanął. Bryła i Sito chcieli kiwnąć głowami, ale nic im z tego nie wyszło. Archanioł wzruszył zatem ramionami.

 

- Skoro tak, - powiedział, - to za karę będziecie przy drodze stać i cień rzucać na przejezdnych w upalne dni. Jako trzy osiki staniecie na poboczu.

 

Zagrzmiało, błysnęło i łotry zniknęli. Za to przy drodze na zakręcie stanęły trzy osiki. Jedna jakoś tak odchylała się na lewo, jakby za dużo wypiła. Archanioł wytrzeszczył oczy.

 

- Miałem jeszcze powiedzieć, - mruknął pod nosem, - że pokuta minie, kiedy jakiś złupiony człowiek… - westchnął głęboko. – No trudno, teraz już za późno.

 

Cmoknął na konie i do nieba pojechał.

 

Trzy osiki można do dziś, ups, chyba się pomyliłem! Najwyraźniej ktoś je zrąbał tej zimy, gdy mrozy tęgie nastały. W każdym razie kiedyś te osiki tam były.

Pan Bóg zafrasował się wielce słysząc modły pobożnego księdza. Podrapał się za uchem i kazał wezwać do siebie samego wodza wojsk niebieskich, czyli archanioła Michała.

- Ze smokiem jużeś się uporał? – zapytał Pan Bóg, gdy Michał przybył podzwaniając zbroją.

- To chyba lepiej samemu wiesz, Panie. – odparł Michał, kłaniając się w pas. – Wszak wszechwiedzący jesteś.

- A no tak! – westchnął Stwórca i podrapał się po brodzie. – Zadanie mam dla ciebie.

Wyłuszczył mu Pan Bóg szczegóły, a Michał jeno skrzydłami machnął i od razu na ziemię poleciał. Archanioł był z niego bowiem robotny.

Nazajutrz Bryła dostrzegł z daleka wóz bogato zdobiony, zmierzający traktem. Zatarł ręce i gwizdnął na kamratów. Zasadzili się w przydrożnym rowie, wietrząc łupy wspaniałe. Na zakręcie zuchwale przed wóz wyskoczyli. Woźnica ściągnął lejce.

- Widzę, że pan bogaty! – zarechotał szyderczo Bryła. – A nie podzieliłby się tak pan z biedakami, co?

Woźnica nie odpowiedział.

- Niemowa, czy co? – zdziwił się Procent. – A może głuchy?

Sito podszedł i kosturem dźgnął woźnicę w żebra. Ten zmierzył go surowym spojrzeniem.

- Won, robaku! – zawołał gniewnie. – Jeszcze macie szansę serca odmienić.

Bryła znów zarechotał.

- Gadać nie ma co. – wzruszył ramionami Procent. – Kaznodzieja jeden się trafił. Wyskakuj z towaru, jeśli ci życie miłe!

Otoczyli z trzech stron wóz pełen skrzyń i towarów, a oczy im się świeciły, jak diamenty. Woźnica płaszcz do tyłu odrzucił i wyciągnął ramiona.

- Na kolana chłystki! – zawołał groźnie.

Jakież było zdziwienie zbójców, gdy ich kolana posłuchały rozkazu i całą trójką rymnęli na ziemię. Broń z rąk im wypadła, a wszystkie mięśnie zwiotczały. Woźnica, którym sam archanioł Michał był, rzucił im płomienne spojrzenie.

- Macie szansę zawrócić ze złej drogi. – rzekł niebieski wysłannik. – Pytam po raz ostatni: czy zmienicie postępowanie i weźmiecie się do uczciwej pracy?

Łupierzcy tępo gapili się na niego. Tak po prawdzie, to żaden ani kiwnąć głową nie mógł, ani nic powiedzieć, bo zesztywnieli od mocy, jaką rzucił na nich archanioł. Ten wpatrywał się w nich długą chwilę. Procent coś tam bełkotał, ale niewyraźnie bardzo, bo mu język kołkiem stanął. Bryła i Sito chcieli kiwnąć głowami, ale nic im z tego nie wyszło. Archanioł wzruszył zatem ramionami.

- Skoro tak, - powiedział, - to za karę będziecie przy drodze stać i cień rzucać na przejezdnych w upalne dni. Jako trzy osiki staniecie na poboczu.

Zagrzmiało, błysnęło i łotry zniknęli. Za to przy drodze na zakręcie stanęły trzy osiki. Jedna jakoś tak odchylała się na lewo, jakby za dużo wypiła. Archanioł wytrzeszczył oczy.

- Miałem jeszcze powiedzieć, - mruknął pod nosem, - że pokuta minie, kiedy jakiś złupiony człowiek… - westchnął głęboko. – No trudno, teraz już za późno.

Cmoknął na konie i do nieba pojechał.

Trzy osiki można do dziś, ups, chyba się pomyliłem! Najwyraźniej ktoś je zrąbał tej zimy, gdy mrozy tęgie nastały. W każdym razie kiedyś te osiki tam były. Słowo harcerza.
 

 
Szukaj
Podziękowania
Galeria

[sigplus] Critical error: Insufficient file system permissions to create the folder /www.bledowo.pl/cache/preview.