Nowości
Hołd dla Andrzeja Wajdy
19 October 2016 08:11
article thumbnai Dziś 19 października w Krakowie o godz. 16:30 odbędzie się pogrzeb Andrzeja Wajdy. Wpis ten jest moim hołdem dla tego wielkiego Polaka, którego kilka lat temu miałem przyjemność poznać....
Strona główna


Dawno temu, gdy jeszcze nawet na świecie nie było prapraprababki prababki najstarszego mieszkańca Błędowa, grasowali w okolicy zbóje. Niby nic w tym dziwnego, bo okolica przecież żyzna, rzeka w ryby obfita, lasy pełne zwierzyny, to i ludzie kasę mieli. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły prowadzonych interesów, bo jak wiadomo, kto nie kombinuje, ten się na rynku nie utrzymuje, jak powiada stare polskie przysłowie. Gospodarzom z Błędowa zatem żyło się dostatnio, a przy okazji i zbóje mieli co do garnka włożyć. Oczywiście nie popieramy tu zachowań aspołecznych i stanowczo politykę zbójów ganimy. Zbójowanie było, jest i będzie naganne!

Zbójców było trzech. Nikt nie pamięta ich imion, ale nic w tym dziwnego. Wszak i teraz zbójcy nie imionami się przedstawiają. Znani byli w okolicy jako Bryła, Sito i Procent. Pierwszy miał maczugę z kamienia, drugi słynął z dokładnego przeszukiwania wozów kupieckich, a trzeci nie stronił od gorzałki. Do roboty jednak zawsze na trzeźwo szedł. Zbóje zasadzali się na zakręcie traktu i łupili co się tylko pod rękę nawinęło! Przeróżne mieli sposoby. Na litość brali kupców i wtedy najczęściej Procent odgrywał rolę chorego paralityka, który siedział na poboczu i trząsł się niemiłosiernie, czasem Bryła kładł się na dukcie z wywalonym jęzorem i rozbitym na głowie pomidorem, a gdy wóz jakiś przystanął, by mu pomocy udzielić, to odjeżdżał złupiony do czysta. Banda mieszkała w lesie i nikt ich nie mógł wytropić. W miarę upływu czasu ich zuchwałość urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Doszło do tego, że kupcy i bogaci gospodarze z Błędowa wybierali inną, dużo dłuższą drogę, by dotrzeć do wioski. Koniunktura przez to stała się niekorzystna. Gospodarze zatem radę zwołali, by na walnym zgromadzeniu problem łupierzców poruszyć. Nic nie uradzili, ale po poradę do proboszcza poszli. Wielebny głową pokiwał i wstawić się u sił wyższych za błędowianami obiecał.

 

ŁUPIEŻCY Z BŁĘDOWA

 

Dawno temu, gdy jeszcze nawet na świecie nie było prapraprababki prababki najstarszego mieszkańca Błędowa, grasowali w okolicy zbóje. Niby nic w tym dziwnego, bo okolica przecież żyzna, rzeka w ryby obfita, lasy pełne zwierzyny, to i ludzie kasę mieli. Nie ma sensu zagłębiać się w szczegóły prowadzonych interesów, bo jak wiadomo, kto nie kombinuje, ten się na rynku nie utrzymuje, jak powiada stare polskie przysłowie. Gospodarzom z Błędowa zatem żyło się dostatnio, a przy okazji i zbóje mieli co do garnka włożyć. Oczywiście nie popieramy tu zachowań aspołecznych i stanowczo politykę zbójów ganimy. Zbójowanie było, jest i będzie naganne!

 

Zbójców było trzech. Nikt nie pamięta ich imion, ale nic w tym dziwnego. Wszak i teraz zbójcy nie imionami się przedstawiają. Znani byli w okolicy jako Bryła, Sito i Procent. Pierwszy miał maczugę z kamienia, drugi słynął z dokładnego przeszukiwania wozów kupieckich, a trzeci nie stronił od gorzałki. Do roboty jednak zawsze na trzeźwo szedł. Zbóje zasadzali się na zakręcie traktu i łupili co się tylko pod rękę nawinęło! Przeróżne mieli sposoby. Na litość brali kupców i wtedy najczęściej Procent odgrywał rolę chorego paralityka, który siedział na poboczu i trząsł się niemiłosiernie, czasem Bryła kładł się na dukcie z wywalonym jęzorem i rozbitym na głowie pomidorem, a gdy wóz jakiś przystanął, by mu pomocy udzielić, to odjeżdżał złupiony do czysta. Banda mieszkała w lesie i nikt ich nie mógł wytropić. W miarę upływu czasu ich zuchwałość urosła do niewyobrażalnych rozmiarów. Doszło do tego, że kupcy i bogaci gospodarze z Błędowa wybierali inną, dużo dłuższą drogę, by dotrzeć do wioski. Koniunktura przez to stała się niekorzystna. Gospodarze zatem radę zwołali, by na walnym zgromadzeniu problem łupierzców poruszyć. Nic nie uradzili, ale po poradę do proboszcza poszli. Wielebny głową pokiwał i wstawić się u sił wyższych za błędowianami obiecał.

 

Pan Bóg zafrasował się wielce słysząc modły pobożnego księdza. Podrapał się za uchem i kazał wezwać do siebie samego wodza wojsk niebieskich, czyli archanioła Michała.

 

- Ze smokiem jużeś się uporał? – zapytał Pan Bóg, gdy Michał przybył podzwaniając zbroją.

 

- To chyba lepiej samemu wiesz, Panie. – odparł Michał, kłaniając się w pas. – Wszak wszechwiedzący jesteś.

 

- A no tak! – westchnął Stwórca i podrapał się po brodzie. – Zadanie mam dla ciebie.

 

Wyłuszczył mu Pan Bóg szczegóły, a Michał jeno skrzydłami machnął i od razu na ziemię poleciał. Archanioł był z niego bowiem robotny.

 

Nazajutrz Bryła dostrzegł z daleka wóz bogato zdobiony, zmierzający traktem. Zatarł ręce i gwizdnął na kamratów. Zasadzili się w przydrożnym rowie, wietrząc łupy wspaniałe. Na zakręcie zuchwale przed wóz wyskoczyli. Woźnica ściągnął lejce.

 

- Widzę, że pan bogaty! – zarechotał szyderczo Bryła. – A nie podzieliłby się tak pan z biedakami, co?

 

Woźnica nie odpowiedział.

 

- Niemowa, czy co? – zdziwił się Procent. – A może głuchy?

 

Sito podszedł i kosturem dźgnął woźnicę w żebra. Ten zmierzył go surowym spojrzeniem.

 

- Won, robaku! – zawołał gniewnie. – Jeszcze macie szansę serca odmienić.

 

Bryła znów zarechotał.

 

- Gadać nie ma co. – wzruszył ramionami Procent. – Kaznodzieja jeden się trafił. Wyskakuj z towaru, jeśli ci życie miłe!

 

Otoczyli z trzech stron wóz pełen skrzyń i towarów, a oczy im się świeciły, jak diamenty. Woźnica płaszcz do tyłu odrzucił i wyciągnął ramiona.

 

- Na kolana chłystki! – zawołał groźnie.

 

Jakież było zdziwienie zbójców, gdy ich kolana posłuchały rozkazu i całą trójką rymnęli na ziemię. Broń z rąk im wypadła, a wszystkie mięśnie zwiotczały. Woźnica, którym sam archanioł Michał był, rzucił im płomienne spojrzenie.

 

- Macie szansę zawrócić ze złej drogi. – rzekł niebieski wysłannik. – Pytam po raz ostatni: czy zmienicie postępowanie i weźmiecie się do uczciwej pracy?

 

Łupieżcy tępo gapili się na niego. Tak po prawdzie, to żaden ani kiwnąć głową nie mógł, ani nic powiedzieć, bo zesztywnieli od mocy, jaką rzucił na nich archanioł. Ten wpatrywał się w nich długą chwilę. Procent coś tam bełkotał, ale niewyraźnie bardzo, bo mu język kołkiem stanął. Bryła i Sito chcieli kiwnąć głowami, ale nic im z tego nie wyszło. Archanioł wzruszył zatem ramionami.

 

- Skoro tak, - powiedział, - to za karę będziecie przy drodze stać i cień rzucać na przejezdnych w upalne dni. Jako trzy osiki staniecie na poboczu.

 

Zagrzmiało, błysnęło i łotry zniknęli. Za to przy drodze na zakręcie stanęły trzy osiki. Jedna jakoś tak odchylała się na lewo, jakby za dużo wypiła. Archanioł wytrzeszczył oczy.

 

- Miałem jeszcze powiedzieć, - mruknął pod nosem, - że pokuta minie, kiedy jakiś złupiony człowiek… - westchnął głęboko. – No trudno, teraz już za późno.

 

Cmoknął na konie i do nieba pojechał.

 

Trzy osiki można do dziś, ups, chyba się pomyliłem! Najwyraźniej ktoś je zrąbał tej zimy, gdy mrozy tęgie nastały. W każdym razie kiedyś te osiki tam były.

Pan Bóg zafrasował się wielce słysząc modły pobożnego księdza. Podrapał się za uchem i kazał wezwać do siebie samego wodza wojsk niebieskich, czyli archanioła Michała.

- Ze smokiem jużeś się uporał? – zapytał Pan Bóg, gdy Michał przybył podzwaniając zbroją.

- To chyba lepiej samemu wiesz, Panie. – odparł Michał, kłaniając się w pas. – Wszak wszechwiedzący jesteś.

- A no tak! – westchnął Stwórca i podrapał się po brodzie. – Zadanie mam dla ciebie.

Wyłuszczył mu Pan Bóg szczegóły, a Michał jeno skrzydłami machnął i od razu na ziemię poleciał. Archanioł był z niego bowiem robotny.

Nazajutrz Bryła dostrzegł z daleka wóz bogato zdobiony, zmierzający traktem. Zatarł ręce i gwizdnął na kamratów. Zasadzili się w przydrożnym rowie, wietrząc łupy wspaniałe. Na zakręcie zuchwale przed wóz wyskoczyli. Woźnica ściągnął lejce.

- Widzę, że pan bogaty! – zarechotał szyderczo Bryła. – A nie podzieliłby się tak pan z biedakami, co?

Woźnica nie odpowiedział.

- Niemowa, czy co? – zdziwił się Procent. – A może głuchy?

Sito podszedł i kosturem dźgnął woźnicę w żebra. Ten zmierzył go surowym spojrzeniem.

- Won, robaku! – zawołał gniewnie. – Jeszcze macie szansę serca odmienić.

Bryła znów zarechotał.

- Gadać nie ma co. – wzruszył ramionami Procent. – Kaznodzieja jeden się trafił. Wyskakuj z towaru, jeśli ci życie miłe!

Otoczyli z trzech stron wóz pełen skrzyń i towarów, a oczy im się świeciły, jak diamenty. Woźnica płaszcz do tyłu odrzucił i wyciągnął ramiona.

- Na kolana chłystki! – zawołał groźnie.

Jakież było zdziwienie zbójców, gdy ich kolana posłuchały rozkazu i całą trójką rymnęli na ziemię. Broń z rąk im wypadła, a wszystkie mięśnie zwiotczały. Woźnica, którym sam archanioł Michał był, rzucił im płomienne spojrzenie.

- Macie szansę zawrócić ze złej drogi. – rzekł niebieski wysłannik. – Pytam po raz ostatni: czy zmienicie postępowanie i weźmiecie się do uczciwej pracy?

Łupierzcy tępo gapili się na niego. Tak po prawdzie, to żaden ani kiwnąć głową nie mógł, ani nic powiedzieć, bo zesztywnieli od mocy, jaką rzucił na nich archanioł. Ten wpatrywał się w nich długą chwilę. Procent coś tam bełkotał, ale niewyraźnie bardzo, bo mu język kołkiem stanął. Bryła i Sito chcieli kiwnąć głowami, ale nic im z tego nie wyszło. Archanioł wzruszył zatem ramionami.

- Skoro tak, - powiedział, - to za karę będziecie przy drodze stać i cień rzucać na przejezdnych w upalne dni. Jako trzy osiki staniecie na poboczu.

Zagrzmiało, błysnęło i łotry zniknęli. Za to przy drodze na zakręcie stanęły trzy osiki. Jedna jakoś tak odchylała się na lewo, jakby za dużo wypiła. Archanioł wytrzeszczył oczy.

- Miałem jeszcze powiedzieć, - mruknął pod nosem, - że pokuta minie, kiedy jakiś złupiony człowiek… - westchnął głęboko. – No trudno, teraz już za późno.

Cmoknął na konie i do nieba pojechał.

Trzy osiki można do dziś, ups, chyba się pomyliłem! Najwyraźniej ktoś je zrąbał tej zimy, gdy mrozy tęgie nastały. W każdym razie kiedyś te osiki tam były. Słowo harcerza.
 

 


Było to dawno temu, gdy stery u władzy dzierżyła jedyna słuszna formacja, a frekwencja na wyborach do sejmu wynosiła niezmiennie 99,9 procent. Nikt jeszcze nie słyszał o coca coli, a stonka ziemniaczana nie pleniła się na ziemiach Polskich, lecz była zrzucana przez wrogie socjalistycznemu porządkowi rzeczy siły imperialistyczne. Ulicami przemykały niebieskie wozy z wymalowanymi literami MO, a tysiące szkół powstały na tysiąclecie chrztu Polski.

Żył wówczas w Błędowie kowal Michałko. Potężny był z niego chłop, a muskuły miał takie, że hej! Gdyby wówczas stanął obok niego Arnold Schwerzeneger, to uznano by go za wychudzonego biedaka! Michałko dobrym był człowiekiem. Chętnie pracował w swojej kuźni i tylko do szczęścia brakowało mu małżonki. Wszystkie panny we wsi były już zajęte przez rolników postępowych, a tym Michałko w drogę wchodzić nie chciał. Wieczorami po ciężkiej pracy w kuźni, siadywał za swoim domem i patrząc w gwiazdy rozmyślał. Serce bolało go z niespełnionej miłości. Którejś nocy tak go bolało, że przebudził się o północy. Chodził po izbie z godzinę, aż wreszcie wypowiedział słowa, które miały go wiele kosztować:

- Diabłu duszę oddam, jeżeli tylko sprawi mi jakąś miłą panienkę!

Zasnął wreszcie umęczony chłopina, a nazajutrz ujrzał przed chatą dziewczę, jak malowane! Długie blond włosy, bujne piersi, kształtne ramiona, ponętne bioderka, a talia, jak u osy! Nogi długie, zgrabne, aż dech zapierało. Dziewczę podbiegło do Michałka i rzucając mu się na szyję zawołało:

- Mój Michałko, mój kochany! – namiętnie pocałowało zbaraniałego chłopa w usta. – Mam na imię Lucyferka, ale wołają na mnie Lucia! Chcę od dziś być twoją po wsze czasy!

Michałko nie posiadał się ze szczęścia. Lucia przygotowała mu wspaniałe śniadanie w formie jajecznicy na boczku, choć kowal nie pamiętał, by w spiżarni był boczek. Na obiad miał okazałego indyka, a na kolację wędzoną szynkę. Gdy zmrok zapadł, Michałko poczuł, że już nie serce go boli, ale zupełnie inna część ciała i z pewnością nie chodziło o męki duchowe. Lucia zaraz do łóżka się wślizgnęła i wnet okazało się, że nie tylko w sztuce przyżądzania jadła jest biegła!

Nazajutrz Michałko, bo niedziela była, postanowił wybrać się do kościoła. Lucia jednak nie kwapiła się, by mu towarzyszyć.

- Głowa mnie boli, Michałko kochany. – mówiła ze zbolałą miną.

Kowal ucałował ją na do widzenia, a sam do kościoła pojechał. Tu zwierzył się proboszczowi, jakie to szczęście go spotkało. Pleban, człek światły, od razu zwietrzył szatański podstęp. Wprosił się do Michałka na kolację. Gdy potem kowal do sieni go odprowadzał, ksiądz szepnął mu na osobności:

- Coś mi ta Lucia siarką zalatuje, mój Michałko. Czyżeś ty sił nieczystych nie wzywał przypadkiem.

Chłopina na kolana rymnął, aż się chata zatrzęsła. W piersi bić się począł i wyznał plebanowi całą prawdę. Ten zasępił się bardzo.

- Czart to przebiegła sztuka, - powiedział, - ale przechytrzyć go można. Wezwij no go raz jeszcze, a kiedy się pojawi, to zarządaj, by zabrał tę piekielną maszkarę do siebie.

- Dyć to żadna maszkara, księże proboszczu! - żachnął się Michałko. – Dziewica, ups, hmmm, - w język się ugryzł, wspominając noc ostatnią, - no tego, znaczy kobitka, jak malowana!

- Ale szatańskie nasienie! – zgromił go pleban. – Duszę chcesz utracić dla ziemskich przyjemności? Mało to dziewcząt we wsi? Zakręć no się porządnie, Michałko, a nie pomocy u diabła szukasz!

Nocą, gdy Lucia spała, bo też ją wieczorem nagle głowa rozbolała, wyszedł Michałko z chaty i na uroczysko poszedł o północy. Bać się diabła nie bał, bo silny był niezwykle. Zaraz, gdy tylko zawołał, coś huknęło, piorun strzelił i woń siarki dookoła wypełniła powietrze.

- Jeszcze ci mało, gadzino ludzka? – spytał chrapliwy głos.

Michałko rezonu nie stracił.

- Zabieraj sobie tę dziewkę, – warknął gniewnie, - a duszy mojej daj spokój!

- Nic z tego chłopie! – roześmiał się szatan. – To nie takie proste! Chciałeś piękną dziewczynę, to ją masz!

- Ale cyrografu nie podpisywałem! – żachnął się Michałko. – Umowy żadnej nie było!

Na ten czas diabeł wydobył skądś malutkie pudełko. Pokazał je triumfalnie chłopu.

- Tu jest twój głos zapisany, ludzki pomiocie! Mam tu każde twoje słowo, jakieś w chałupie mówił. Nie pamiętasz, jak duszę mi oddać chciałeś? To się nazywa nagrywanie rozmów. Wróżę mu niezłą przyszłość!

Michałko struchlał.

- To co ja mogę teraz zrobić? – spytał przybity. – Może w jakieś zawody staniemy, jak to dawniej bywało?

- Ha, ha, ha, - roześmiał się szyderczo diabeł. - A co jeszcze prócz duszy zastawić możesz?

- Jak przegram, to od razu ci ją oddaję. – odparł Michałko. – Pójdę i powieszę się na wierzbie. Nie będziesz musiał czekać do mojej śmierci.

- Zgoda, - odparł diabeł, - jeśli jutro pokażesz mi coś, co będzie paskudniejsze od córki przewodniczącego komitetu, to dam ci spokój, a Lucyferka do piekła powróci.

Huknęło, zaświszczało i tyle Michałko diabła widział.

Cały dzień myślał i myślał. Jeść nie mógł, na umizgi Luci był nieczuły, a i robota mu nie szła. Wciąż nie wiedział, jak diabła przechytrzyć? Córka przewodniczącego do najpaskudniejszych dziewcząt nie tylko w okolicy się zaliczała, ale i w województwie równych sobie w brzydocie nie miała. Wreszcie jednak go olśniło. Pod wieczór do wielebnego proboszcza pobiegł. Nie wyjawił mu swego pomysłu, by przykrości nie sprawiać, ale o pomoc delikatnie poprosił. Ksiądz zgodził się, choć niezbyt chętnie.

- A ja sam nie mogę w zawody stanąć? – spytał.

- Diabeł z duchowną osobą mierzyć się nie zechce. – odparł chłop. – Poza tym o moją duszę idzie.

Wielebny ostatecznie pożyczył kowalowi to, o co go ten poprosił.  O północy na uroczysku doszło do spotkania.

- No i masz coś paskudniejszego, niż córka przewodniczącego? – spytał diabeł zacierając ręce. – Sznur już ci przyniosłem.

Michałko nic nie odpowiedział.

- Poczekaj tu chwilę, diable, to pokażę ci nie lada paskudztwo.

Wszedł do lasu, a po chwili doleciało stamtąd charakterystyczne popierdywanie. Patrzy diabeł, a drogą coś wstrętnego się zbliża. W ciemnościach ślepia jarzą się okrągłe, pysk okrutnie wyszczerzony, wyje toto straszliwie, podskakuje i prycha!

- Aj, aj! – zawołał szatan. – Ależ to paskudztwo! Weź sobie duszę, tylko zabierz mi to z oczu!

Huknęło, błysnęło, siarką zaleciało i tyle Michałko diabła widział!

Gdy do chaty wrócił, zastał łóżko puste. Lucyferka zniknęła.

Nazajutrz odprowadził Michałko proboszczowi jego syrenkę 102. Opowiedział księdzu zmyśloną historię, jak to wygrał wyścig z diabłem, który imperialistycznym ferrari na starcie się zjawił. Dumny kapłan poklepał karoserię syrenki i uszczęśliwionego Michałka pożegnał.

Tak to kowal Michałko dzięki czarowi PRLu diabła błędowskiego przechytrzył.

 
Szukaj
Podziękowania
Galeria